Kronika

Kronika  wielce  obyczajna

A w kronice:
Relacja z Torunia przy okazji posiedzenia Zarządu Głównego Stowarzyszenia- napisał Jan St. Trzos de Sagorza

Koźle wzięte, czyli relacja z wyprawy do twierdzy przez kronikarza spisana

Grudzice Leona Korca, czyli 42 (67) Opolska Wyprawa Krajoznawcza- Jan St. Trzos de Sagorza

Po Opolu spacerkiem, czyli relacja najznakomitszego kronikarza z włóczegi po mieście

Po Złote Runo, czyli 40 (65) Wyprawa Krajoznawcza w Kotlinę Kłodzką- Jan St. Trzos de Sagorza

Szczęśliwe krowy, czyli 38(63) Opolska Wyprawa Turystyczna do gminy Kietrz.Jan St. Trzos de Sagorza

Relacja z 37(52) wyprawy na wyspę Bolko w Opolu.Lucyna Mietełka

O szczęśliwym powrocie z Olsztyna -relacja Jasia Trzosa

Wspomnienia o ceramicznej wyprawie do Wołczyna, którą odbyliśmy w poszukiwaniu wiosny. Spisał je Jan Trzos, nieoceniony nasz kronikarz.

Relacja Jasia Trzosa z wyprawy po ulicy Krakowskiej w Opolu

Esej o wyprawie do Kamiennika- Jan Trzos

Wyprawa do Opolskiej Wieży Ciśnień- Violetta i Tadeusz Ciesielczukowie

Spotkanie z   T.Kudybą i K.Spałkiem- Jacek Tadeusz Rogoża

linia_107

Torun Dluga

Ulica Długa w Toruniu, fot.Xantypa

Jan St. TRZOS de Sagorza

Co jest z tymi piernikami?


Wszyscy wiedzą ,że są i że miasto Toruń nimi stoi. Ale nikt nie odważy się powiedzieć , jakie są w smaku i czy na pewno zasługują na taką renomę, by się forować przed miasto ,w którym zostały stworzone. Znowu chcę wam, drodzy klubowicze, namącić w głowach, ale nie dlatego, że duszę mam mącicielską, ale żeby poddać rewizji jeszcze jeden mit, Który zamiast promować miasto, czyni mu szkody. Powiem otwarcie – pierniki nie są warte takiego rozgłosu i reklamy, by redukować piękne średniowieczne miasto, jakim jest Toruń, do roli piernikowego pieca, w którym są wypiekane.  Ale jak chodzi o same miasto , to czapki z głów! Nie ma mu, poza Krakowem, równego i już widzę i słyszę głosy potępienia za to obrazoburcze stwierdzenie. Proszę więc byście,zanim zaczniecie mnie potępiać ,zechcieli przeczytać moją argumentację, która zrodziła się pod wpływem naszej ostatniej wyprawy krajoznawczej do Torunia, na którą zmobilizował nas prezes Rogoża. Zamieszkaliśmy w IV forcie Yorck, gdzie oczekiwał na nas Wielki Prezes Towarzystwa Krajoznawczego z Warszawy sam Janusz Sapa ,by razem z delegatami PSK z całego kraju odbyć naradę i uzupełnić Zarząd nowymi członkami.  Tak więc, trochę naradzaliśmy się, co dla Was, drodzy klubowicze ,specjalnie ciekawe nie jest, ale więcej czasu spędzaliśmy na zwiedzaniu i poznawaniu. Krótkie sprawozdanie z narad sporządził dla Was nasz prezes  T.J.Rogoża, więc z obowiązku relacji z obrad czuję się zwolniony. Pragnę podzielić się wrażeniami i emocjami, jakie towarzyszyły nam w czasie tej fantastycznej wyprawy. Więc zamieszkaliśmy w forcie Yorck, który został wybudowany w latach 1878-84 i razem z innymi 14-toma fortami miał stanowić pierścień obronny granicznego wówczas miasta pruskiego Toruń, na wypadek wojny z najbliższym sąsiadem Rosją Janusz z Warszawy zakwaterował nas w kazamatach dwukondygnacyjnego bloku koszarowego w izbach oficerskich, chociaż należały się nam dwudziestokilkuosobowe, gdyż jak mnie pamięć nie myli, żadnego oficera pomiędzy nami nie było. Nasz turystyczny dowódca wraz z małżonką zamieszkał w pokoju dwuosobowym, ale za to bez okien. Jeśli więc luksusów w zakwaterowaniu nie było, to na wyżywienie narzekać grzechem byłoby. No i wreszcie Toruń. Forty przejęte zostały przez wojsko polskie w roku 1920, a wraz z nim urocze pełne średniowiecznych pamiątek miasto. Toruń, ach co to za gród! Wspomniałem już,że może dorównać mu jedynie Kraków. Przez wieki budowali go razem Polacy,Niemcy, Holendrzy, Krzyżacy i inne narodowości, więc konstrukcje budowlane przybierały rozmaite kształty. Najwięcej jest jednak gotyckich. Monumentalny ratusz, okazałe i dumne kościoły, i wnętrza wyposażone w niezliczoną ilość najwyższej klasy zabytków. Od nadmiaru wrażeń i blasku bezcennych przedmiotów kultury materialnej można było dostać zawrotu głowy. Najważniejszym jednak zabytkiem w Toruniu muszą być miejsca ,związane z kultem Wielkiego Astronoma. W jego domu, w którym przyszedł na świat, prawie nie ma przedmiotów, które by należały osobiście do Kopernika bądź jego rodziny, jednak zebrano tam okazy i pamiątki z epoki, które w znakomity sposób ilustrują tamte, pełne krzyżackiego zgiełku czasy. No i wreszcie Krzyżacy. Zwiedzając resztki ich zniszczonego zamku, szarpały mną rozmaite emocje. Podziwiałem ich znakomitą organizację, myśl techniczną ,którą wykazywali w realizowaniu problemów tych codziennych i służących rozwojowi cywilizacyjnemu całej ówczesnej społeczności europejskiej. Bądź co bądź, to oni stworzyli nowoczesny system zarządzania gospodarką . szerzyli postęp techniczny, usprawnili system podatkowy i obrót pieniężny, tworzyli nowoczesne miasta i wymyślili pierniki. Gdybym się nie obawiał, że mnie zlinczujecie, to powiedziałbym, że ich lubię i szanuję i że gdyby oni nie zostali pobici przez Litwina Jagiełłę, Europa Środkowa w czasach nam współczesnych byłaby daleko daleko do przodu. Ale taka postawa pachnie zdradą narodową, więc tego nie mówię. Myślę, że niczyich uczuć patriotycznych nie uraziłem. Zatem serdeczne pozdrowienia i nieśmiałe przeprosiny składa wasz przyjaciel Jan St. Trzos de Sagorza. Opole, 27 IX 2009r.

linia_1101

twierzda koxle barcJan St. TRZOS de Sagorza
KOŹLE  WZIĘTE.
Opolska Wyprawa Krajoznawcza w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa

102 lata temu, w roku 1807 zaatakowana została śląska twierdza Koźle. Członkowie Stowarzyszenia “Poznaj swój Kraj” gremialnie pod dowództwem Tadeusza Jacka Rogoży udali się na trzecią rekonstrukcję wydarzeń z tamtych czasów. Wojska ustawiły się naprzeciwko siebie w napięciu oczekując na wydanie odpowiednich rozkazów i przystąpienia do działań wojennych. Dla nas problemem zasadniczym była sprawa do której ze stron walczących mamy się przyłączyć. Polacy walczyli po obu stronach. Ubrani w piękne kolorowe historyczne stroje żołnierze obu formacji dumnie prezentowali swoje narodowe barwy i prężyli muskuły, grożąc przeciwnikowi bojową postawą i potrząsając orężem. Jacek opowiadał się byśmy bezwzględnie stanęli po stronie oddziałów francuskich wspieranych przez Bawarczyków oraz Polsko-Włoską Legię dowodzonych bezpośrednio przez Wielkiego Napoleona. Ja zaś, jako nowy Ślązak, byłem zobowiązany poprzez swój lokalny patriotyzm do spłaty długu za gościnę udzieloną mi przez znajdującą się w niebezpieczeństwie nową ojczyznę, chciałem przyłączyć się do załogi twierdzy Koźle. Na wszelki wypadek postanowiliśmy zasięgnąć rady u dowódcy stacjonujących obok oddziału czeskich kanonierów regimentu pruskiego królewskiego fizylierów Alt Kreytzen. Dowódca fizylierów, piękny postawny , odziany w doskonale skrojony zielony mundur i uzbrojony w długi skałkowy karabin z prochownicą u boku Czech, ogarnął nas litościwie surowym, ale to bardzo surowym spojrzeniem i zagadnął: – Kim jesteście? -My Polacy, ale naszą ojczyzną jest Śląsk,- wydusiliśmy nieśmiało, lękając się o pomyślne zakończenie naszego posłannictwa.  No, to wasze miejsce jest po tamtej stronie !- burknął poirytowany i zobaczywszy na naszych twarzach autentyczny niepokój, nieco zmiękł w postawie i dodał pojednawczo – , a na mundur i ekwipunek stać was? – Pewnie, że stać, my bogaci i cały swój majątek pragniemy poświęcić Śląskowi. Jacek, jak usłyszał o mojej deklaracji poświęcenia majątku, zaczął mnie kopać po kostkach, ale na szczęście odważny i bohaterski Czech nie dostrzegł tych niehonorowych znaków ostrzegawczych i uważając sprawę za załatwioną zamierzał już nasze towarzystwo opuścić, gdy Kierownik wyprawy przypomniał był sobie, że udział w bitwie zgłosiła cała opolska grupa, która przybyła do Koźla pod jego dowództwem. -Kobiet macie dużo?, – zainteresował się dowódca z błyskiem w oczach. – Połowa. I wszystkie są piękne.- ripostował Tadeusz Jacek.- No to zostaną markietantkami,- zadecydował dzielny dowódca fizylierów. Ja akurat przypomniałem sobie, że nie wszystkie z naszych pań chciałyby należeć do tej formacji cywilnej przy wojsku, bo Ani Kleckiej na przykład markietanki kojarzą się z charytatywną Armią Zbawienia i to jej nie pasuje. Jednak rola markietantek jest inna. Jak sama nazwa wskazuje zajmują się one handlem. Ze swoimi kramikami, pełnymi rozmaitego towaru, podążają za wojskiem i sprzedają go żołnierzom, tym najemnym, otrzymującym żołd i tym z poboru. Jeśli jednak w chwilach wolnych świadczą narażającym życie wojakom usługi miłosne, to czynią to z dobroci serca i świadomości, że nie jeden rekrut poległ w bitwie, nie zaznając ciepła kobiecego ciała. A strata to największa! Nie zdążyliśmy do końca uzgodnić przydział naszych ochotników, zwłaszcza zrobić rozeznanie, które z naszych pań chciałyby zostać siostrami miłosierdzia i opatrywać rannych żołnierzy, jak z ogromnym hukiem rozległy się na polu bitwy pierwsze salwy armatnie. Rozpoczęła się jedna z największych bitew w dziejach Śląska Opolskiego. Największa nie ze względu na znaczenie militarne, ale z tego powodu, że została uwieczniona na płótnie po wsze czasy przez znakomitego niemieckiego malarza-batalistę Wilhelma Alexandra Kobella i zawieszona wraz z innymi batalistycznymi obrazami w sali bankietowej Monachijskiej Rezydencji. Obraz ten budził przez lata moje wielkie emocje z nim związane. Znałem go reprodukowanego w licznych albumach XIX-wiecznych, almanachach i kolorowych wydawnictwach malarskich dwudziestowiecznych i odczuwałem nieskrywany żal, że nigdy tego niesamowitego dzieła sztuki nie zobaczę na żywca. Poznałem całą artystyczną drogę tego artysty. Można bu powiedzieć, że go pokochałem jako wybitnego artystę. Organizowałem z synami wyprawy do Koźla, by odnaleźć miejsce, z którego w czasie działań wojennych Kobell portretował w czasie oblężenia twierdzę Kosel, istotną bowiem sprawą jest fakt, że malarz był obecny i portretował miasto w czasie, kiedy trwały walki prawdziwe, a nie ich udawanki, jakich byliśmy świadkami 19 września roku 2009. Wilhelm Kobell był malarzem monachijskim. W mieście tym urodził się w 1766 roku i tam w roku 1855 został pochowany. Był malarzem nadwornym w stolicy Bawarii, a w roku 1814 został profesorem malarstwa w tamtejszej Akademii. Tak więc nie marzyłem nawet, że kiedykolwiek poszczęści mi zobaczyć ten upragniony obraz, aż tu…, tuż przed kozielską imitacją bitwy z roku 1807 zaprowadził nas Rogoża do skromnego, udającego muzeum budynku, w którym mieszkańcy Koźla zgromadzili stare pamiątki rodzinne i ofiarowali je miastu. I tam w małej salce na piętrze, gdzie są zgromadzone najcenniejsze zbiory, zobaczyłem coś , co mało nie obaliło mnie z nóg. Nie wierzyłem własnym oczom – stał się cud. Na całej ścianie wielkich rozmiarów w całej okazałości oczom zwiedzających ukazała się scena bitwy, którą sportretował był u progu XIX wieku znakomity Kobell. Nie powiem tu, w tym miejscu, czy jest to oryginał, czy fantastyczna kopia, czy autorska replika obrazu. Jeśli ktoś pragnie, pobudzony tym felietonem, przekonać się na własne oczy i zaspokoić własną ciekawość czym jest ten najcenniejszy okaz nie tylko kozielskiego muzeum, ale, jak sądze, wszystkich razem wziętych opolskich zbiorów, to niech uda się osobiści w tamte strony, a będzie usatysfakcjonowany całkowicie i w wiedzę mu potrzebną zaopatrzony. “Koźle wzięte”- tak zatytułowałem mój essej, ale przecież nie chodzi tu o zdobycie Koźla przez Wojska napoleońskie. One akurat tej twierdzy nie zdobyły. I dobrze się stało, bo wszyscy wiemy, jaki los spotykał zdobyczne miasta – gwałty, rabunki, pożoga. Miasto takiej doli uniknęło. To myśmy go zdobyli- członkowie Stowarzyszenia krajoznawczego Poznaj Swój Kraj. Pokochaliśmy go i jeśli Ty, czytający te słowa, zazdrościsz nam doznanych wrażeń i chciałbyś w przyszłości dzielić z nami takie niesamowite przygody, to nic prostszego – odszukaj Tadeusza Jacka Rogożę i złóż deklarację. Chociaż gwarancji, że wszechwładny Jacek zechce Cię przyjąć do naszego elitarnego Klubu, dać Ci w żaden sposób nie mogę. Zaś tym wszystkim, co wespół ze mną brali udział w tej słoneczno-jesiennej wyprawie, za ich miłe i towarzyskie usposobienie, radość życia i chęć poznawania, najserdeczniejsze podziękowania i pozdrowienia składa kronikarz opolskiego koła Stow. PSK.Jan St.Trzos de Sagorza,
Opole, 22 IX 2009 roku

blue_spiral

Grudzice

Grudzice Leona Korca.

Grudzice – wieś zamożna i spokojna. Można byłoby tak powiedzieć, ale Grudzice wsią nie są. Od dłuższego czasu są już bowiem osiedlem stołecznego piastowskiego miasta Opole. I dobrze im tak, chociaż nie wszyscy mieszkańcy Grudzic są z tego zadowoleni. Tajemnice osiedla poznawaliśmy w sobotę, 5 września 2009 roku na 42 (67) Opolskiej Wyprawie Krajoznawczej zorganizowanej przez Opolskie Koło Stowarzyszenia Poznaj Swój Kraj na zaproszenie znakomitego i dumnego mieszkańca tej miejscowości , będącego jednocześnie jednym z przewodników wyprawy dra Leona Korca. Powodów do dumy mieszkańcy mają bez liku, ale te najważniejsze należałoby wymienić. Większość Opolan sądząc, że miejscowość dobrze jest im znana, bo mijają prawie codziennie ją w drodze na Strzelce, Katowice i Kraków i oglądają z okien swoich wypasionych samochodów W istocie znany jest im jedynie kolor szosy, po której mkną, łamiąc przepisy ruchu drogowego, przez to urokliwe i jedno z ładniejszych osiedli Opola. Jednak, żeby zobaczyć i docenić autentyczne walory Grudzic, trzeba z głównych europejskich tras zboczyć na chwilę, wysiąść i poznać swoją okolicę, poznać swój kraj, do czego od lat nawołuje niezmordowany nasz prezes Tadeusz Jacek Rogoża.

Najważniejszym i najcenniejszym walorem osiedla są jego mieszkańcy, od tysiącleci zamieszkujący te tereny.Są w większości potomkami rdzennych mieszkańców tych ziem, pełni godności w staroświeckim stylu, spokojni i wyciszeni i tym się różnią od zapalczywych i skorych do kłótni przybyszów ze wschodu. Ponadto cechuje ich niezwykła tolerancja i zrozumienie dla tragicznych dziejów własnej miejscowości w czasie ostatniej wojny. Wojskom sowieckim, które dotarły tu w styczniu 1945 roku, wpajano, że nad Odrą mieszkają już Niemcy i że można już pofolgować sobie i w zemście za niemieckien barbarzyństwa w ZSRR, można grabić, gwałcić, rabować i zabijać. Otwarcie do tego nawoływał jeden z pisarzy radzieckich, ulica którego znajduje się do tej pory w Opolu. Pierwszy najokrutniejszy odruch zemsty dosięgnął właśnie mieszkańców Opolszczyzny, wsi położonych nad Odrą – Grudzice i Boguszyce. Często, gdy myślę o tamtych dantejskich scenach, serce zamiera mi z przerażenia i trudno jest się pogodzić z myślą i porównaniem, że tamte wojenne przestępstwa równe są tym, dokonanym przez UPA na kresowej ludności na Wschodzie. Cierpiały więc obie społeczności za niepopełnione przez siebie winy i złe uczynki.

O tych okropnych chwilach i własnych wojennych i powojennych przeżyciach na spotkaniu w osiedlowej bibliotece (filia MBP) wspominali potomkowie rdzennych mieszkańców Grudzic. Pani Stefania Topola -  Prezes Opolskiego Oddziału Stowarzyszenia Twórców Ludowych, wspominając te, grozą wiejące czasy, opisała powrót z wojny własnego ojca, którego uważano w rodzinie za poległego. Utykającego nie od rany, ale od tego, że wcześniej napotkał żołnierza, która odebrał mu buty, dając w zamian zniszczone i za małe, spotkała na ścieżce prowadzącej do domu. Wzruszająca opowieść poruszyła niektórych prawie do łez.

W rodzinie tej, krzywdy, wyrządzone przez Rosjan zostały przebaczone, a w rewanżu Pani Stefania zaprosiła poznaną w Biełgorodzie Rosjankę z rodziną do Opola, by wespół odszukać grób ojca jej męża, który poległ w Polsce. Miejsce pochówku odnaleźli koło Poznania i tam w smutnych cmentarnych okolicznościach Pani Stefania była świadkiem spotkania nad mogiłą syna

z ojcem, którego mieszkaniec Biełgorodu nigdy w życiu nie poznał. Pani Stefanio, jestem Pani za ten bardzo ludzki odruch

i chrześcijański wielce wdzięczny. Wdzięczny jestem Pani również za to, że nie postrzega Pani Rosjan jako sprawców samego zła, jak czynią to niektórzy współcześni politycy. Polscy prawicowi ekstremiści chcieliby wszystkich Ruskich bez wyjątku, za grzechy Stalina, posłać do najgorętszych piekielnych kąpieli. Ale ja, podobnie jak Pani i dr Korc i studentka prof. Rosponda polonistka Róża Okos jestem zdania, że już na zawsze minął czas wielkiej nienawiści, jak również czas przebaczeń, że nadchodzi z wielkim trudem pora na trwającą bezkresną zgodę, na szukanie tego, co w nas wszystkich jest najlepszego, co sprawi, że staniemy się szlachetniejsi i doskonalsi. Dobrym przykładem takiego postępowania jest w Grudzicach gbur opolski Jan Duda. Gbur w gwarze śląskiej oznacza dobrego i zamożnego gospodarza. I takim właśnie gospodarzem, który robi swoje bez względu na polityczne przewalanki jest pan Duda. Cała rodzina Dudów od przeszło 100 lat znakomicie gospodarzy na swoim i to jak! Za swoją ciężką ,

ale bardzo wydajną pracę wyróżniani byli odznaczeniami i dyplomami przed wojną, po wojnie i teraz dają świadectwo śląskiej zaradności i pracowitości. Ośrodki nauki podstawowej, które zwiedzaliśmy w Grudzicach, to nadzwyczaj wzorcowe placówki, lśniące czystością i wzorowym porządkiem, jakiego nie dostrzegłem nawet w niemieckich szkołach, które za czasów śp. Jana Cipiora zwiedzaliśmy w Niemczech. To umiłowanie przez Ślązaków ładu i porządku widoczne jest na każdym kroku, czy to w w prywatnym żłobko – przedszkolu “Pluszowy Kącik”, czy w Zielonym Centrum Edukacji Przyrodniczej, w którym spędziliśmy długie chwile, słuchając wykładu z-cy nadleśniczego Marka Bocianowskiego. Słuchaczami byliśmy pojętymi i gdyby nie naglił nas czas, zabralibyśmy jeszcze dużo wolnych, przeznaczonych na sobotni wypoczynek chwil panu inżynierowi leśnictwa. Wielkie emocje ogarnęły wyprawowiczów podczas zwiedzanie Izby Pamiątek Regionalnych w PSP 26, zorganizowanej przez wymienioną już tu, ogarniętej wielkim lokalnym patriotyzmem Różę Okos. Włodek Malinowski odważył się był porównać szkolne muzeum pamiątek z Muzeum Wnętrz Mieszczańskich  dyr. Urszuli Zajączkowskiej i coś w tym jest, bowiem pamiątki są wysokiej klasy, a ich wartość materialne jest wysoka. Może odnajdę jakąś pamiątkę, która przekazana w prezencie szkole, ucieszyłaby panią Okos. W szkole jedna z tablic pamiątkowych poświęcona jest byłemu nauczycielowi i dyrektorowi szkoły Panu Dudzie. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że jego wnuk Jerzy Piechota wraz z żoną Haliną z domu Gadzińską obecni są wespół z nami na tej wyprawie. “Wiedziałeś o tym, że twój dziadek wisi tu na stendzie w szkole?”- zapytałem zdziwiony. Jurek z żoną byli zaskoczeni nie mniej niż ja. Takie są losy! To jego dziadek przed wojną był działaczem oświatowym i organizatorem polskiej szkoły w Grudzicach.

Lubie Cię Jorguś za to jeszcze bardziej!

Grudzice są zamożne i widać to na każdym kroku, zwłaszcza po nowych okazałych, wybudowanych z klasą i dobrym guście domach. Ba! Nawet kościół powstał na parceli podarowanej przez zamożnego gbura, w którym posługę duszpasterską pełnił ks. bp Henryk Grzondziel. Parafianie z niezwykłą admiracją wspominają księdza biskupa, który pomimo pełnienia godności wysokiej w hierarchii kościelnej, do końca życia pozostał wierny swoim parafianom i został pochowany przy kościele. Wyprawę kończyliśmy przy kuflu piwa w nowej, elegancko urządzonej restauracji “Pod Kasztanami”. Moja śląskość została mocno podbudowana i kiedy Irena Krasicka wypomniała mi moje kresowe pochodzenie, byłem bardzo zniesmaczony. Proszę Cię, Ireno, nie rób już tego nigdy.

To przeszkadza mi w całkowitej integracji /do zapomnienia o kresach/ ze Śląskiem. Jestem Ślązakiem, wprawdzie nowym, ale Ślązakiem i nic nie jest w stanie mojego pragnienia całkowitego zespolenia z tą piękną ziemią zakłócić.

Pozdrawiam Was moi drodzy bardzo serdecznie.

Opole, 7.09. 2009  Jan St. Trzos de Sagorza.

blue_spiral

placDaszynskiegoPo Opolu spacerkiem.

Wędrówki po Opolu – to niezwykle interesująca forma relaksu nawet dla tych, którzy uważają, że rodzinne miasto poznali dogłębnie i nic już nie jest w stanie ich zaskoczyć i zadziwić. A jednak! W ostatnim czasie odbyły się dwa spacery po Opolu – w przedostatnią i ostatnią sobotę.Pierwszą prowadziła zasłużona wielce dla ruchu turystycznego Irena Krasicka, a drugą niezmordowany Boguś Laitl. Obie były bardzo udane. Ulica Sempołowskiej, po której oprowadzała Irena Krasicka przed wojną nazywała się Kloster-Str. i taka nazwa pasowała do niej jak ulał.Miałbym w tym miejscu pewną sugestię naszym rajcom miejskim, by powstrzymali się w nadawaniu ulicom nazw powiązanych z wydarzeniami politycznymi i czczącymi bohaterów wykreowanych historycznymi przemianami. Sempołowska nijak nie miała się do Opola, a klasztor stoi przy tej ulicy po dziś, a przy tym Klasztorna jak dumnie i literacko brzmi. Jednak nie wspominajcie o niepasującej do Opola działaczce ruchu robotniczego Stefanii Sempołowskiej nikomu z radnych, bo a nuż rajcy-oszołomy wpadną na kolejny upiorny pomysł zmiany jej np. na ulicę Związkowca Ploteja. Chociaż, gdyby jakiś miłośnik krajoznawstwa zaproponował przemianować ją w Jacka Rogoży lub Ireny Krasickiej czy Leona Korca, to czemu nie? Jedynym monumentalnym pomnikiem architektonicznym przy tej ulicy jest zbudowany w początkach wieku XIX klasycystyczno-biedermeierowy Pałac na Górce, o którym Pani Irena wygłosiła prawdziwą pieśń pochwalną. I ma rację. Ta wspaniała konstrukcja, uroczo zdobiąca śródmieście, nie jest jednak właściwie przez miasto wykorzystana. Miast tętnić życiem i gwarem wydarzeń artystycznych i kulturalnych, zalega tam mrok bankowy

i tajemniczy cień interesów prywatnych właścicieli pałacyku. A swego czasu za mrocznych rządów lewicowego ciemnogrodu znajdowała się tam kawiarnia “Secesyjna” i fajnie było. Ale też Was proszę byście tego nikomu nie powtarzali, bo mogą mnie dopaść super rewidenci i zlustrować dokładnie, a z moją słuszną przynależnością różnie było. Gwoździem jednak wyprawy Krasickiej było goszczenie w prywatnym domku znakomitej opolskiej postaci, kreatora muzyki współczesnej i instrumentalisty aparatów szarpanych Tadeusza Pabisiaka. Fantastyczna i wielce zasłużona dla miasta postać. Dziwi mnie, że taka znakomita indywidualność artystyczna z mozołem i w osamotnieniu toruje sobie drogę na artystyczny Olimp, tzn. bez wspomagania tego całego aparatu od kultury,  wziętych razem ze sprzętem i finansami na promocję opolskiej kultury. Siedzą w tych urzędach i fundusze na kulturę  konsumują  na potrzeby swojego zachłannego urzędniczego ograniczonego biurokratycznego zaciemnionego półświatka. Czy ktoś z Was dostrzegł kiedy takiego bossa od kultury na imprezach, a chociażby na wyprawach  jackowatych, które edukują przecież i uczą miłości do Śląska.

Wyprawę po Rynku i Ratuszu miejskim prowadził Boguś Laitl, który posiada patent na oprowadzanie po Opolu turystów i z dumą nosi na piersi potwierdzone przez Wojewodę uprawnienie do sprawowania władzy nad gamoniami, którzy z otwartymi buziami słuchają jego historycznych relacji z dziejów  zawalonego w latach 30-tych Ratusza i udanym i szybkim zrekonstruowaniu zabytku. Z wielką dumą pokazywał uczestnikom wycieczki socrealistyczne witraże znakomitej kolorystyki na parterze urzędu miejskiego, tłumacząc niedowiarkom, że te arcydzieła techniki witrażowej powstały wcale nie po wojnie, ale za czasów hitlerowskich. A powstały dlatego, że wielki wódz miał takie artystyczne upodobania. Na uwagę Ani Kleckiej-Haba, że nie są to dzieła socrealistyczne, lecz powstały w manierze obowiązującego w tamtych czasach nurtu artdekowskiego, i że są znakomitym przykładem, jak szybko i skutecznie nowe trendy w sztuce docierały wówczas do Opola, Boguś się zagubił. Riposta wyszła mu nie za bardzo, ale cóż , koń ma cztery nogi …i oprócz owsa lubi też zieloną trawkę. W sumie zebrani byli wdzięczni Panu Laitlowi za ogromną porcję wiedzy przekazanej im w ciągu pełnych dwu godzin przez lidera opolskich przewodników. Tę ciężką pracę Boguś Laitl wykonał gratis i wysoki urząd w Ratuszu od kultury nie będzie nawet świadom, że działał w ich imieniu pro publico bono.

W wyprawach tych, zorganizowanych przez opolski Oddział PTTK i oprowadzanych przez przewodników turystycznych uczestniczyli z satysfakcją członkowie Opolskiego Koła Stowarzyszenia “

Poznaj Swój Kraj”, założonego przez Tadeusza Jacka Rogożę .Za zaproszenie jesteśmy bardzo wdzięczni organizatorom i obiecujemy rewanż, który  nadarzy się już w tę sobotę w planowanej krajoznawczej wyprawie do Racławic Ślaskich, na którą szef nas wszystkich chętnych serdecznie zaprasza.  Pozdrawiam czytelników moich esejów bardzo serdecznie .Opole, 12 VIII 09.

Jan St. Trzos de Sagorza.

blue_spiral

Po Złote Runo. Wyprawa turystyczna Opolskiego Koła Stowarzyszenia “Poznaj Swój Kraj”

Zloty Stok

Jazon opolski Tadeusz Jacek Rogoża zorganizował w dniach 18-19 lipca 2009 roku wyprawę po złote runo do Kłodzkiej Kotliny. Argonautów z jego drużyny było 20 + 3 Sympatyków, w tym 2 to jeszcze bardzo młodzi adepci turystyki. Chcecie absenci wiedzieć czy udana była wyprawa i czy zdobyliśmy upragnione runo, to miejcie cierpliwość przeczytania tej wzmianki do końca, a dowiecie się z relacji o naszej niesamowitej przygodzie nie tylko o materialnych  zdobyczach wyprawy, ale i niesamowitych wrażeniach, jakie towarzyszyły nam w ciągu całego weekendu. O pogodzie tym razem nie będzie ani słowa, ale jeśli ktoś naiwny myśli, że cuda przyrody można podziwiać wyłącznie w dniu ciepłym i słonecznym, to się bardzo myli. A zwłaszcza w zakątku tak cudownym, jak Kotlina Kłodzka. Złoty Stok, czyli nasz pierwszy przystanek wyprawy, jest przepustką od strony Śląska Opolskiego w niezwykłą krainę niesamowitych darów przyrody, którymi dobry Bóg obdarzył nasz Śląsk. A w dodatku sypnął złotem i kruszcu tego nie skąpi mieszkańcom tej ziemi od przeszło tysiąca lat. I myśmy pośpieszyli w tamte strony, by z tych darów skorzystać i nam wyjątkowo powiodło się. Chcielibyście wiedzieć od ręki, czy te złote runo wreszcie odnaleźliśmy? Owszem, otrzymacie odpowiedź na to pytanie, ale w samym końcu mojej wypowiedzi. Teraz o wartościach innych, niż materialne.  W Złotym Stoku do grupy naszej dołączył prof. Uniwersytetu Wrocławskiego Antoni Ogorzałek. Niezwykle barwna osobowość, a przy tym posiadająca ogromną wiedzę z dziedziny jaskiń, sztolni i kopalni, bo nasza wyprawa w tej przygodzie turystycznej koncentrowała się przede wszystkim na tym, co się znajduje pod ziemią i stąd pomysł Jacka, by na podziemnego cicero zaprosić takiej wielkiej klasy specjalistę. Zapamiętajcie to nazwisko – Profesor Antoni Ogorzałek – rodowity Góral i fantastyczny Ślązak, o którym już teraz poeci układają poematy, a wnet  zaczną artyści i władze /te mądre/ stawiać pomniki i tablice pamiątkowe. Nie dlatego, że jest postacią monumentalną i majestatyczną, ale właśnie na odwrót, jest osobą miłą i wyjątkowo towarzyską, a przy tym znakomicie wyczuwa i zna się na ludowych wyrobach spirytystycznych. Autor słów tych, tu pisanych, miał odwagę poczęstować Pana Profesora ukraińskim folklorystycznym napojem wysokiej rozdzielczości i jakie było jego zdumienie /autora/, gdy dostrzegł błysk w oku uczonego i krótką, ale treściwą recenzję “znakomita!”.  W Jaskini Niedźwiedzej, której profesor Ogorzałek był współodkrywcą i współorganizatorem czas spędziliśmy jak na filmie przygodowym.  Jaskinia ta odkryta została bowiem już za czasów nam współczesnych, po drugiej wojnie i aż dziw bierze, że ani Prusacy, ani Austriacy, ani Czesi skarbu tego przez całe tysiąclecie nie zdołali odnaleźć . I jeśli kopalnia złota już od setek lat nie przynosi żadnego zysku, to odkryta przez prof. A. Ogorzałka i jego jajogłowych przyjaciół jaskinia sypie złotem do skarbnicy władz municypalnych i Skarbu Państwa dość spory kapitał z portfeli zwiedzających z różnych stron świata turystów. Była jeszcze jedna jaskinia, i jeszcze jedna, a miała być jeszcze kolejna i mało brakowało byśmy zostali jaskiniowcami, ale drogiemu profesorowi zabrakło już dla nas cennego czasu i opuścił nas, obiecując, że o nas nie zapomni. Na pożegnanie profesora Alfred Wolny odczytał w podziękowaniu część poematu, gloryfikującego osiągnięcia uczonego, a Walter Czok zaproponował, żeby jedno ze zwierzątek, żyjących w ciemnicach jaskiniowych nazwać pręciołkiem – ogorzałkiem na cześć znakomitej postaci. Żegnaliśmy prof. Ogorzałka drobnym upominkiem, szczerymi brawami i dźwiękiem klaksonów samochodowych. Do zobaczenia Profesorze!No, a teraz o złotym runie, które jednak zdobyliśmy! Runem tym jest, choć nie wszyscy są tego świadomi, Kotlina Kłodzka.To prawdziwa perła w śląskiej konstelacji piękna i cudów przyrody. Jest nadzwyczajna w każdą pogodę. Mamy ją tuż pod ręką. Obdarza nas łaskawie i szczodrze swoimi skarbami przyrodniczymi, nie żądając w zamian grosza złamanego przysłowiowego. Musimy jedynie pamiętać by nie pozwolić jej nadmiernie uprzemysłowić, zurbanizować i zadeptać. A jedynym naszym bezwzględnym obowiązkiem jest dbanie, by nikt nie śmiał jej zaśmiecać, niszczyć i dewastować. Gdyby się dziać tak miało, to za znakomitym Stefanem Żeromskim i jego “Puszczą Jodłową”   mamy  wszcząć alarm i krzyczeć pełnym przerażenia głosem : “Nie pozwalamy! Nie pozwalamy!”. Zostawcie Kotlinę w tym stanie, jakim jest, by po nas inni mogli podziwiać te fantastyczne cuda przyrody śląskiej.  Pozdrawiam Was, drodzy Przyjaciele. Przekażcie innym, że jak chcą zapoznać się z naszymi wyprawowymi wrażeniami, to niech sięgną po ten sercem przez  Jana St. Trzosa de Sagorzę pisany. Czołem.Opole, tuż po ekskursji, poranek  dnia 20 lipca 2009 roku.blue_spiral

Szczęśliwe krowy, czyli 38(63) Opolska Wyprawa Turystyczna do gminy Kietrz

Krowa jaka jest, każdy widzi ! Można byłoby tak sparafrazować stare XIX-wieczne hasło encyklopedyczne o koniu. Ale tak nie jest. Krowę widujemy teraz przeważnie na opakowaniach kartonów do mleka i na każdej podobiźnie widzimy krowę z rogami. Również z definicji krowa należy do gatunku rodziny krętorogich, każda powinna mieć rogi i tak powinno być. Ale nie jest. Na kolejnej wyprawie turystycznej w sobotę 16 maja, zorganizowanej przez szefa Stowarzyszenia Poznaj Swój Kraj Tadeusza Jacka Rogożę, z inicjatywy wielce zasłużonej dla ruchu turystycznego Śląska Opolskiego Ireny Krasickiej, jedną z atrakcji było zwiedzanie fermy krów w Kombinacie rolniczym Kietrz. No i w tym rzecz, że żadna z krów nie miała rogów. Zgadnijcie, czy to jakiś nowy gatunek, czy może zwykły wybryk natury? Ani jedno, ani drugie. Jak ktoś jest bardzo ciekawy i chce znać odpowiedź, to niech się osobiście wybierze do kombinatu, lub skontaktuje z paniąÂ Stankiewicz, a zostanie bardzo serdecznie przyjęty i udzielona mu będzie satysfakcjonująca odpowiedź. Ktoś wybredny, poszukujący dla wypoczynku jedynie pięknych widoków i komfortowych ośrodków wypoczynkowych, mógłby się bardzo zdziwić, że właśnie taką formę relaksu wybraliśmy na tę sobotę. Nadaremnie! Gdybyście zobaczyli ognie w oczach zwiedzających i usłyszeli grad pytań, którym zasypywano gospodarzy fermy i panią sołtys Elżbietę Stankiewicz, to przekonalibyście się, że wypoczywać i relaksować się można na różne sposoby. Mnie osobiście zadziwił wygląd krów , które w stadzie 800-900 sztuk, nie miały rogów i w obszernych klimatyzowanych oborach, otoczone niezwykle staranną opieką , wyglądały na szczęśliwe. Szczęśliwe i w dodatku wesołe. A z jakim zainteresowaniem przyglądały się grupie wynaturzonych mieszczuchów !? O ich komentarzu na nasz temat nie wspomnę, bo krowiego języka nie znam, ale sądzę, że ubawu te przesympatyczne zwierzęta miały co nie miara. Widziałem chyłkiem ,jak za naszymi plecami wymieniały się porozumiewawczo spojrzeniami i lekceważąco machały ogonami.Wieś, którą znakomicie rządzi pani Elżbieta Stankiewicz wespół z dyrektorką szkoły Danutą Rudnicką ma się znakomicie. Nazywa się Pilszcz i jest położona w gminie Kietrz. No i oczywiście znakomita Irena Krasicka ma tam mnóstwo znajomych i krewnych, bo to są jej rodzinne strony. Podejrzewam, że serce Irena ma rozdarte pomiędzy dalekimi wschodnimi kresami, gdzie się urodziła i nie wiele pamieta, a piękną i zasobną śląską krainą, gdzie się wychowała i gdzie są groby jej niedalekich przodków. Wychowała się jednak kilkanaście kilometrów od Pilszcza,w miejscowości Ludmierzyce, o czym za chwilę. Wróćmy jednak do miejsca, które zaimponowało nam gościnnością mieszkańców , urzekającym pięknem okolic wsi Pilszcz, znajdującej się w samym centrum Bramy Morawskiej. No i przede wszystkim pamiętającym czasy króla Jana III Sobieskiego , udającego się ze swym wojskiem w roku 1683 na odsiecz wiedeńską , kościołem Niebowzięcia Najświętszej Marii Panny. O zabytkach sakralnych najwyższej klasy światowej pisać nie będę, jednak chciałbym niezwykłej dobroci ks.Pawła Łazora prosić by pomyslał o elektronicznych i innych zabezpieczeniach alarmowych i antywłamaniowych, które uniemożliwiły by ich kradzież. Zwłaszcza zagrożona jest pieta. To bezcenne dzieło wczesnego boroku można bez trudności włożyć do torby lub plecaka i niepostrzeżenie wynieść z kościoła. A może by tak ten bezcenny dar niebios przekazać w depozyt do Muzeum Diecezjalnego? Proszę szanownego księdza, dzieło powojenne, namalowane na pamiątkę na ścianie kościoła, upamiętniające spotkanie Jana III Sobieskiego z ówczesnymi mieszkańcami Pilszcza, jest zwykłym gniotem pseudopatriotycznym, namalowanym przez jakiegoś domorosłego artystę. Nie posiada żadnej wartości artystycznej i absolutnie jest w konflikcie z dostojnam i bezcennym zabytkowym wyposażeniem kościoła. Niech się ksiądz go pozbędzie, a wszyscy na tym zyskają, zwłaszcza turyści zachoni, którzy symboliki tej nie zrozumieją i która tylko im zamąci odbiór dzieł sztuki, w który tak obficie kościół jest wyposażony. Z pamiątek starych niesakralnych, w Pilszczu zasługują na uwagę przepiękne ,opuszczone i ulegające degradacji zabytkowe ,z okresu biedermeierowskiego i II połowy XIX wieku domy mieszkalne. Serce się kraje na widok zdatnych do uratowania kamienic, w których jeszcze do roku 1945 tętniło życie. Pragnąłbym zwrócić się do tych, co napisane tu przeczytają, a przede wszystkim do nowobogackich, by pędzili ,póki czas, do pani Elżbiety Stankiewicz i za przysłowiowe grosze wykupili te domy, jeśli nie na stałe zamieszkanie, to przynajmniej na letnią siedzibę wypoczynkową. Pani Sołtys w prywatnej rozmowie ze mną obiecała dołożyć wszelkich starań, by wspomóc swoim urzędem taką transakcję. Takie działanie nie tylko uratuje zabytkowe ,niezwykłej urody konstrukcje. To prospołeczne in spe działanie nie tylko przywróci wsi dawną urodę, ale pozwoli również , borykającej się z bezrobociem okolicy, zatrudnić ludzi, poszukujących pracy. Wróćmy na chwilę jednak do Ludmierzyc, od których rozpoczynaliśmy naszą wyprawę turystyczną. Wioska, która w przeszłości tętniła życiem, umiera. Z liczącej kilka tysięcy niegdyś mieszkańców obecnie zamieszkuje ją tylko 150. Dzielna pani sołtys miejscowości Anna Tworek , wspomagana przez męża, czyni co może, by ratować substancję trwałą wioski i podźwignąć ją z upadłości. Patrzy na nas błagalnym wzrokiem, byśmy ją w jej działaniach wspomogli. Ale jak to zrobić? Co uczynić, by przywrócić osadę do życia? Ludmierzyce wszak ulokowane są na samej prawie przedunijnej polsko-czskiej granicy. Może w tym można upatrywać szansy odnowy, w rozwoju turystyki, bazy noclegowej, gospodarstw agroturystycznych, ogłoszeń o wyprzedaży , nadających się do remontu urokliwych, pełnych romantycznego klimatu starych domów. Nie wiem. Nie znam recepty. Ale może ktoś z was zna? Dajcie znak. Pojedźcie tam. Rozejrzyjcie się. Może znajdziecie interes dla siebie i nawet w minimalnym stopniu przyczynicie się do szlachetnej idei podźwigania zapomnianej wsi śląskiej od upadku. No, tak! Przyznam się wam, że z tej jednodniowej wyprawy turystycznej uzbierałem tak dużo rozmaitych wrażeń, żewszystkimi nie będę mógł z wami się podzielić. Wypunktowałem tu tylko te, które usiadły mi na sercu najciężej. A jest to fascynacja i czar niezwykłym obszarem jakim jest Śląsk Opolski, a właściwie cały Śląski i troska, co uczynić mogłbym, by region ten stał sie na powrót pięknym, niczym szwajcarskie ,niemieckie i austriackie kantony, Wszak pięknem krajobrazów i dobrocią ludzką dorównuje tamtym. Powtórzyłbym za prezydentem USA J.Kennedym: “Nie pytaj, co dobrego Śląsk zrobił dla Ciebie, tylko pokaż, co ty dobrego możesz dla niego zrobić.Opole, 17 maja 2009 r. Jan St. Trzos de Sagorza.

blue_spiral

Wyprawa na wyspę Bolko

Piknik na Bolko, fot.Lucyna Mietełka

Piknik na Bolko, fot.Lucyna Mietełka

W sobotę 09 maja 2009r. odbyła się 37(62) Opolska Wyprawa Krajoznawcza pod hasłem ”Poznajemy opolską Wyspę Bolko”.

Tego dnia w liczbie 17 osób spotkaliśmy się u zbiegu ulic 11 listopada i Jana Kochanowskiego. Po krótkim wprowadzeniu wkroczyliśmy na most spinający dwa brzegi rzeki Odry, po to, by stanąć na pięknych, zielonych terenach Wyspy Bolko.

Wbrew zapowiedziom synoptyków pogoda była wyśmienita. Pierwszy punkt programu stanowiło zwiedzanie opolskiego Zoo. Zapewne większość z nas Zoo widziała już wielokrotnie. Jednak miejsce to ciągle podlega procesom modernizacji. Zatem każda tam wizyta przynosi nam nowe, miłe wrażenia . Tym razem dwa dni przed naszą wizytą Zoo wzbogaciło się o kolejnego mieszkańca. Była nim uchatka Greazy. Trafiliśmy do niej akurat w porze karmienia. To, co wyprawiała wraz ze starszymi uchatkami stanowiło niezapomniane widowisko, dodatkowo uzupełnione informacjami przekazywanymi przez jej opiekuna. Na całym terenie Zoo widać było trwające prace modernizacyjne. W ciągu 1,5 godziny przeznaczonej na zwiedzanie nie można nawet pobieżnie obejrzeć całości. Młodzi uczestnicy zachwycili się między innymi pięknie przygotowaną ekspozycją Stawonogów, gdzie dodatkowych emocji dodawały ciemne korytarze, podświetlone terraria. Ot, sceneria jak z horroru.

Czas zwiedzania Zoo minął bardzo szybko. Nadszedł czas na drugi , nie mniej ważny punkt programu, czyli ognisko nad wodą. Tutaj głównym organizatorem był Walter Czok. Ognisko ma to do siebie, że trzeba je najpierw rozpalić. Do tego niezbędny jest chrust, a zatem wszyscy go zbieraliśmy. Jeżeli jest już ognisko, nie może zabraknąć pieczenia kiełbasek, gier towarzyskich, po prostu dobrej zabawy. Ot, taki piknik nad wodą wśród bujnej zieleni i kumkających żab.  Świetne spotkanie integracyjne dla nowych i tych już zaprawionych w wyprawach uczestników. Miejsce wybrane przez Waltera na ognisko tak wszystkim się spodobało, że jeszcze nie jeden raz będą chcieli tam wrócić.

I ja również tam byłam, jadłam, piłam, dobrze się bawiłam.

Lucyna Mietełka

blue_spiral

Wróciliśmy z Olsztyna.

olsztyn5

Wieża Starościńska zamku Olsztyn, fot. D. Orman

Wyprawom turystycznym w tym roku sprzyja pogoda.Lepszej na autobusową wycieczkę do Olsztyna i Częstochowy prosić byłoby grzechem. Słońce towarzyszyło nam od świtu do zmroku i nie umiem sobie wytłumaczyć, w jaki sposób Jacek to załatwił. Cudotwórca jakiś ,czy co? Wyprawa do Olsztyna i Częstochowy w jednym dniu? Gdzie Krym, a gdzie Rzym? Spokojnie. Tu chodzi o Olsztyn koło Częstochowy, o istnieniu którego wiedzą tylko wtajemniczeni członkowie towarzystwa turystycznego Poznaj Swój Kraj i tajemnicy tej zwykłym profanom zdradzać nie zamierzamy.

Cel wyprawy nie miał charakteru stricte pielgrzymkowego, czy religijnego. Program wyjazdu przewidywał pieszą wyprawę

na wzgorze Jury Krakowsko-Częstochowskiej, na którym w XIV wieku z fundacji króla Kazimierza Wielkiego wybudowany

został zamek obronny. Zwiedzanie ruin zamku połączone było z piknikiem w dobrze zaopatrzonej, chociaż zbyt drogiej cukiernio-kawiarni, w której nie podawano piwa, ale w zamian serwowano herbatę z rumem. Po godzinie wyruszyliśmy gromadnie do poszukiwania duchów zapomnianych przodków w resztkach groźnej niegdyś fortecy. To, co z niej zostało,

w znakomity sposób wkomponowało się w malowniczy krajobraz jednego z najbardziej urokliwych obszarów Europy Środkowej. O bohaterach tego tajemniczego miejsca sprzed setek lat i ich tragicznych losach w sposób budzący u słuchaczy

zgrozę opowiadał niezmordowany tropiciel upiorów Boguś Laitl.

Kolejnym etapem zwiedzania stały się dostojne i leciwe komnaty wspaniałego klasztoru Paulinów w Częsochowie.

I pomyśleć tylko ,że to kultowe miejsce powstało za sprawą naszego opolskiego księcia Władysława Opolskiego,

który przywożąc do Częstochowy cudowny obraz Matki Boskiej, uczynił z niej / Częstochowy/ stolicę duchową wyznawców wiary rzymsko-katolickiej w Europie Wschodniej. Miałbym do naszego opolskiego księcia pytanie w

zaświaty, czy nie przyszło mu wówczas do głowy, że ten niezwykły Swięty Obraz mogł zawieźć kilkadziesiąt kilometrów dalej i ulokować go na przykław na Gorze Św. Anny? Myślę, że Częstochowa jako miasto, a także jej

mieszkańcy nie zasługują na taki dar niebios. Tak brzydkiego o chaotycznej, niskiej i pokracznej zabudowie miasta

nadaremnie by szukać na Śląsku .I pomyśleć ,że Częstochowę dzieli od europejskiego Opola zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Myślę, że rajcy miejscy i cały ten od wieków zarząd municypalny częstochowski warci są

funta kłaków. Przynoszą bowiem stolicy religijnej i całemu narodowi jedynie wstyd i gorzką refleksję nad stanem ich

estetycznych upodobań i poziomu europejskiej edukacji kulturowej. Częstochowa jako miasto powinno aspirować do ośrodków miejskich klasy wysokiej, budzącej szacunek i podziw. A jest inaczej – budzi tylko litość i zawstydzenie nad naszym kulturowym upośledzeniem i brakiem wyobrażni, co mamy uczynić, by ten stan zmienić

Jaką ogromną dumą napełniały mnie widoki zadbanych i schludnych wiosek i miasteczek śląskich po przekroczeniu starej polsko-niemieckiej granicy przed Lublińcem. Cieszyłem się bardzo, że jestem mieszkańcem

wraz z towarzyszącymi mi na tej wyprawie klubowiczami PSK,tak wspaniałego i zadbanego regionu kraju, że jestem Ślązakiem, wprawdzie nowym, ale Ślązakiem i bycia nim nikt mi nie zabroni, bo nie ma takiego prawa.

Zostawialiśmy za sobą miejsca budzące zachwyt i fascynację. Pamiątki wspaniałych dokonań kultury materialnej

i piękne krajobrazy. O ekscytacji religijnej w czasie mszy przed ołtarzem najdoskonalszego obrazu kultu religijnego polskiego pisać nie będę ,bo nie umiem. Ale pozostały mi także w pamięci sterty śmieci wokół ruin

zamku, potłuczone szkło butelek po wódce i piwie pod szacownymi średniowiecznymi murami zamku i całkowita

obojętność gospodarzy na przynoszące wstyd negatywne zjawiska.

Takimi refleksjami chciałem się podzielić z bracią turystyczną i tymi wszystkimi, którzy moje spostrzeżenia podzielają, a którym towarzyszyłem w tej wspaniałej kolejnej niesamowitej wyprawie jackowej /..watej/.

Tych, którzy się ze mną nie zgadzają, zapraszam do polemicznych emailów na stronach internetowych Poznaj Swój Kraj z nadzieją, że perfekcyjna pani redaktor Xantypa nie poskąpi im i mnie miejsca. Zachęcam

również i tych, którzy się ze mną zgadzają, by łaskawie zechcieli dać głos i napisać o swoich doznaniach wyprawowych. Serdecznie wszystkich pozdrawiam. Szeregowy członek towarzystwa turystycznego Poznaj Swój

Kraj . Opole, wczesny poranek roku pańskiego 2009,tuż po wyprawie, 27 kwietnia. Jan St.Trzos de Sagorza.

blue_spiral

Ceramiczna wyprawa do Wołczyna.

wisniaKolejna, pełna przygód i radości turystyczna wyprawa do Wołczyna zorganizowana przez niezmordowanego i doskonałego organizatora Jacka Rogożę.  Nie wiem ,czy jest gdzieś w Polsce inny klub PSK,  który sprostałby konkurencji Opolskiemu. Dopisała też pogoda.

Wybraliśmy się do Wołczyna, pięknego śląskiego miasteczka w Opolskiem. Specjalnie podkreślam w Opolskiem, by nie użyć formy Opolszczyzna, bo to brzydkie i nie licujące z pięknem regionu nazewnictwo zostało wymyślone po wojnie przez jakiegoś amatorskiego językoznawcę i czepiło się mieszkańców Śląska Opolskiego niczym rzep psiego ogona.

Zobowiązuję przeto Was ,drodzy klubowicze, do

przeciwstawiania się wszędzie, gdzie się tylko da temu potworkowi językowemu i podkreślaniu, że jesteśmy Śląskiem Opolskim ( do którego należy również Katowickie) , a nie żadna Opolszczyzna.

Miasteczka śląskie są piękne, jak z bajek Andersena czy braci Grimm. Takim też jest Wołczyn. Miasto książęce pełne zabytkowych konstrukcji architektonicznych, posiada jeszcze jeden doskonały walor – jest nim burmistrz miasta i gminy Wołczyn fenomenalny Jan Leszek Wiącek. Ubrany w odświętny garnitur, z elegancko uczesaną fryzurą, poświęcił przybyszom ze stolicy województwa, kosztem rodziny i swojego wolnego, czasu cała niedzielę.   Wdzięczni jesteśmy mu za to i obiecujemy mu promować jego miasteczko i jego postać osobiście gdzie się tylko da, chociaż na rozgłosie specjalnie panu burmistrzowi nie zależy, bo goszczą go permanentnie rozgłośnie radiowe i telewizja. Życzymy panu Leszkowi Więckowi w sprawowaniu władzy w Wołczynie i gminie samych wielkich sukcesów ,a do

tego doskonałego zdrowia, by tę władzę sprawował jak najdłużej. Od siebie chciałbym tylko zasugerować Panu Burmistrzowi, że nic tak pozytywnie nie utrwala wdzięczną pamięć potomnych, jak piękne, wkomponowane w kontekst starej architektury miasta, nowe konstrukcje pięknych, nie pozbawionych elementów ozdobnych, domów i budowli. Jest w śródmieściu Wołczyna dużo pustych placów po zniszczonych po wojnie i wyburzonych domach, te puste miejsca miasta nie zdobią. Sprzedaj je pan, nawet poniżej ich wartości

nominalnej, byleby wyróżniały się estetycznie i nie szpeciły miasto prymitywną prostotą, jakiej jest pełno po dziurach po powojennej zabudowie pięknych z przed wojny śląskich miast..

Kilka słów chciałbym poświęcić kościołowi filjalnemu św. Tersy w Wołczynie. Gdy szliśmy zwiedzać go, byłem przekonany, że idziemy oglądać autentyczny gotycki kościół , których przecież na Śląsku Opolskim nie brakuje. Aliści w czasie zwiedzania go okazało się, że tak nie jest, że jest to kościół noegotycki, zbudowany zaledwie 150 lat temu. Ta wiadomość wcale mnie nie rozczarowała. Podziwiałem z radością jego piękną i majestatyczną konstrukcję, która przypominała mi podobną, ale znajdującą się na północnych kresach dawnej Rzeczypospolitej, w litewskim Wilnie. Tam, w stolicy Litwy, znajduje się przepiękny zbudowany podobnie jak w Wołczynie z czerwonej cegły

kościół św.Anny. Wielki Napoleon, w czasie wyprawy na Moskwę, przypadkowo zobaczył go i zachwycony jego urodą miał zakrzyknąć:

“Jaki piękny! Chciałoby się go na dłoni przenieść do Paryża”. Otóż kościół w Wołczynie jest nie mniej  piękny, brakuje mu tylko tych kilkaset lat, ale jak minie mu jeszcze następnych kilka tysięcy lat w dobrym stanie i kondycji, to ta różnica nie będzie miała żadnego znaczenia. No nie? W kościele wołczyńskim podziwiać należy ten cudowny zmysł estetyczny dawnych mieszkańców miasta, którzy nie podążali za ówczesną modą w architekturze, ale wybrali konstrukcję, która swoją urodą będzie zniewalać wiernych i turystów jeszcze przez wiele wiele następnych wieków.

I wreszcie o szkoleniu ceramicznym, autorem którego stał się z wykształcenia inżynier – górnik, a z zamiłowania ceramik-artysta Paweł Wierzbicki. Niezwykła postać, a przy tym doskonały pedagog. Z jakim niezwykłym zmysłem nauczyciela pedagoga udaje mu się tłumaczyć różnicę w podejściu dziewczynek i chłopców do wybierania formy lepionych wyrobów. Dziewczynki wybierają formy użytkowe, talerze ,miseczki i garnki, bo podświadomie czują swoją w przyszłości rolę matki-karmicielki. Chłopaki zaś flakoniki, świeczniki, formy smukłe , sterczące. Wybór chłopaków Paweł nie chciał interpretować. Kontrolowany instynkt nauczycielski nie pozwalał mu sięgnąć

do freudowskiej teorii osobowości, by tłumaczyć zjawisko pedagogiczne wiecznym nieustającym popędem seksualnym i kultem phallusa. :-)   Dziękuję mu za to! Domyślny i ineligentny słuchacz niech się sam domyśli.

Zapewne sukces naszej wyprawy nie byłby pełny bez udziału Ani Klęckiej-Haba. To pani Ania zainspirowała pana Jacka i podjęła ciężar części wysiłku organizatorskiego. Wracaliśmy Z tej wspaniałej wycieczki nie tylko przepełnieni pięknymi wrażeniami, ale i syci poczęstunkiem, jaki zorganizowali nam gospodarze. Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do niebywale udanej i pięknej imprezy ,jaką była 34 /59/ Opolska Wyprawa Krajoznawcza pod hasłem: “Powitanie wiosny w gminie Wołczyn”. ( Wyprawa odbyła się 21 marca 2009r.)

Podrawiam organizatorów i uczestników wyprawy bardzo serdecznie. Jan St. Trzos de Sagorza. Opole 24 III 2009 r.

blue_spiral

Relacja Jasia Trzosa z wyprawy po ulicy Krakowskiej

Ulica Krakowska w Opolu, fot.Xantypa

Ulica Krakowska w Opolu, fot.Xantypa

Kolejna wyprawa po Opolu zakończyła się wielkim sukcesem jej organizatorów. A może jest to moje subiektywne odczucie. Ale nie!

Odnoszę wrażenie, że większość uczestników, jeśli nie wszyscy, byli bardzo zadowoleni z jej przebiegu. Tym bardziej, że organizator Tadeusz Jacek Rogoża i mieszkający przy Krakowskiej Andrzej Stahlberger (z-ca kier. wyprawy) stanęli na wysokości zadania.

Prezes Koła zaprosił do prowadzenia wyprawy po Opolu najwyższej klasy przewodników i znawców historii Opola i jego wysokiej klasy zabytków. Podziwiam przede wszystkim Panią dyrektor Muzeum Śląska Opolskiego  Urszulę Zajączkowską, która poświęca ogromną ilość prywatnego czasu na spotkania z uczestnikami naszych wypraw krajoznawczych, by podzielić się z nimi ogromną wiedzą o sztuce i zabytkach. Czyni to za każdym razem z takim wdziękiem i zapałem, że mam ochotę zadać pytanie, czemu się Pani tak bezinteresownie poświęca, ale znam na to pytanie odpowiedź. Czyni to z potrzeby serca i głębokiej altruistycznej natury. Boję się, że pewnego razu powie Jackowi: “Dość tej eksploatacji, nie mam już dla was czasu, ani ochoty”. A przecież tyle ma jeszcze do przekazania. Pięknej pani Uli wszyscy ogromnie jesteśmy wdzięczni i prosimy Ją by nadal była tak aktywna  i nie ustawała w wysiłkach pogłębiania naszej wiedzy o historii Opole i jego zabytków.

Ekspertem od architektury od wielu lat w Opolu jest znakomity znawca zagadnień urbanistycznych  arch. Andrzej Hamada. Słuchanie jego opowieści o historii i stylach architektonicznych zapiera w piersiach dech. To dzięki Jego wysiłkom upowszechniania wiedzy o tej bardzo trudnej dziedzinie sztuki opolanie dowiadują się jakie znakomite, pomimo zniszczeń wojennych, konstrukcje ocalały i jakie są ich walory artystyczne i użytkowe.

Z wielką uwagą wysłuchaliśmy również informacji opolskiej uczonej Moniki Choroś z Instytutu Śląskiego. Pani Monika zajmująca się naukowo onomastyką wyjaśniła, dlaczego w dziedzinie nazewnictwa zaszły po wojnie tak wielkie zmiany i uzasadniła konieczność takich

zmian. Panią Choroś prosimy, by nie poprzestała na jednorazowej fachowej konsultacji, ale żeby została stałym konsultantem Stowarzyszenia “Poznaj Swój Kraj”.

Boguś Laitl tym razem popisał się tematyką daleką od krajoznawczej, ale uczynił to z klasą. Przypadło mu w udziale bronić walorów estetycznych nowoczesnych rzeźb, które w ostatnim czasie jak grzyby po deszczu udekorowały śródmieście Opola.

Jesteśmy wdzięczni organizatorom za ich wysiłek, który uwieńczony został biesiadą towarzyską przy kawie, herbacie i piwie w kawiarni “Pod Arkadami”. Mnie zabrakło w tej pasjonującej wyprawie tylko jednej informacji, której prawdopodobnie nawet piękna i wszystkowiedząca Pani Ula nie mogła by udzielić. Otóż w naszej Jackowej grupie jest jeden znakomity Ślązak, którego wszyscy lubimy i który tę miłość odwzajemnia. Nazywa się Walter Czok i jemu w całej imprezie powinien być poświęcony jeden akapit. Właśnie w tamtym dniu i na ulicy, którą zwiedzaliśmy. Podejrzewam, że i on i czarująca Pani Ula wiedzy tej,

którą chcę tu zaprezentować, nie posiadają. W swojej wędrówce po Krakowskiej, od dworca kolejowego do Rynku minęliśmy kamienicę, w której 102 lata temu znajdował się sklep z jego nazwiskiem na szyldzie. Znaki na ziemi i niebie wskazują, że był to sklep prowadzony przez jego nie tak bardzo dalekich przodków. W roku 1907  na ulicy Krakowskiej 26 sklep  posiadała Otylia Czok, która swój towar i wyroby reklamowała po polsku w kalendarzu “Staropolanin”, cyt.: “OTYLIA  CZOK, ulica Krakowska 26 Opole, wielki wybór ręcznych robót od najtańszych do najdroższych. Bawełna i wełna na pończochy, na chustki na głowę, oraz wszelkie

roboty drutowe /igliczkowe/ . Pończochy i skarpetki tanie i dobre. Także przyjmuje się rysowania i haftowania zapaski, chustki itd Grochowy tiul czarny i biały. Nici, igły i wiele innych rzeczy.” Tak więc, Walterze, jeśli wiadomość jest dla Ciebie nowiną, to musisz się jakoś odwdzięczyć i mam nadzieję przyniesiesz w środę na wyboru flaszkę albo i dwie czerwonego wytrawnego

wina, które za pomyślność Twojej starośląskiej rodziny wysuszymy, ale już po dokonaniu wyboru nowych władz opolskiego koła Stowarzyszenia.

Pozdrawiam wszystkich uczestników sobotniego wędrowania po Krakowskiej i w ich imieniu składam podziękowania gorące i serdeczne organizatorom i autorom wystąpień.

Jan St. Trzos de Sagorza.

blue_spiral

Esej o wyprawie do Kamiennika

Słup graniczny w okolicach Kamiennika, fot. Piotr Mitełka

Słup graniczny w okolicach Kamiennika, fot. Piotr Mietełka

Miałem obawy przed wyjazdem, zasypane drogi, a ja bez opon zimowych, no i wieczór u M.  był pełen gazu w głowie,  Kiedy Marian powiedział, że Jacek powinien odwołać wyjazd, to ja się chyba nawet zgodziłem,ale słowo się rzekło i po nieprzespanej  nocy trzeba było ruszać w drogę.  Obawy się częściowo potwierdziły jak chodzi o drogę, auto się ślizgało i go znosiło po śliskiej jezdni, czasami musieli mnie z samochodem wypychać zespołowo z zasp.

Zresztą drogę do Kamiennika wybraliśmy niewłaściwą i te 70 km pokonywaliśmy chyba ponad dwie godziny, ale kiedy byliśmy już na miejscu wszystko ułożyło się pięknie. Spotkanie w klubie przy kawie  i herbacie i krótkim ,ale treściwym wykładzie o pierwszych na Śląsku kamiennych słupach granicznych z ilustracjami owych słupów pozwoliło nam zrelaksować się po kłopotliwej podróży, tym bardziej ,że gospodarze wystawili na stołach dużą ilość słodyczy z Cukrów Nyskich i czekoladek.

Po prelekcji każdy otrzymał pakiet pocztówek na temat i ruszyliśmy z Wójtem i Przewodniczący Gminy w dalszą drogę. I tu się rozpoczyna nasza piękna odysea: wsiedliśmy do przyczepy ciągnikowej by dojechać do bazy w lesie, ale ciągnik ugrzązł w głębokim śniegu i trzeba

było wracać do aut, ale zabawa  rozpoczęła się już na całego. Wsiadamy więc w samochody nasze i jedziemy dalekim objazdem do leśnej bazy. A w tej bazie miast stanąć przy ognisku i rozpocząć pieczenie kiełbasek, znowu musieliśmy wsiąść w przyczepę i wyruszyć w ciemny las, chociaż dukty leśne zostały przygotowane i ze śniegu jako tako oczyszczone.

Jedziemy więc tymi drogami, śnieg z gałązek sypie nam na głowy, a my podnieceni niezwykłością zdarzeń , śpiewamy, hałasujemy, cieszymy się jak dzieci. W środku pełnego białego puchu lasu zabuksował nam traktor, trzeba było go pchać, no i tak uczyniliśmy. Dotarliśmy w końcu do kamiennego wyrobiska, gdzie w czasie wojny jeńcy wydobywali w kamieniołomie materiał do budowy na potrzebywojenne i gdzie ginęli faceci i trochę ponuro się zrobiło od wspomnień, ale tajemniczość miejsca i urok okolicy sprawiły, że dobry humor nas nie opuścił. Zmarznięci i już trochę zmęczeni wsiedliśmy ponownie na przyczepę i ruszyliśmy do ogniska.

A tam gajowy przygotował już nam pieczone kiełbaski, gorącą herbatę i płonące ognisko. Było wspaniale, w sam raz by dobrą flaszkę otworzyć, ale że nasi ludzie są weseli, ale bez wyobraźni, to nikt nawet puszki z piwem nie otworzył. Zjadłem dwie kiełbaski, bo kierowcom przysługiwało i chociaż takie danie nie jest moim przysmakiem, to smakowało wybornie.Prawie zmierzchać zaczęło, kiedy wyruszyliśmy zwiedzać barokowy kościół w Szklarach  i tam z zachwytu nad bogactwem kultury i sztuki , oraz najwyższej klasy zabytków śląskich zostaliśmy oszołomieni. Wiecie jaki nabożny mam stosunek do Śląska i jego zabytków i urody, więc chyba zrozumiecie mnie,  że wrażenie z tej niezwykłej wycieczki, zorganizowanej przez Jacka Rogożyna jeszcze długo będą się kotłowały w mojej nadwrażliwej wyobraźni. Doznane wrażenia utrwalam i przetwarzam w swoim biologicznym komputerze na długie czasy,

na zawsze. Pozdrawiam  serdecznie w tę noc niespaną. De Sagorza.

blue_spiral

Wyprawa do Wieży Ciśnień w Opolu

w2

Już od dłuższego czasu „polowaliśmy” na wycieczkę do opolskiej wieży ciśnień, ale nie dane było nam wcześniej odwiedzić to magiczne miejsce. Zawsze było coś innego do zobaczenia i zwiedzenia. Dlatego jak dowiedzieliśmy się o wyprawie organizowanej przez Opolskie Koło Stowarzyszenia „Poznaj Swój Kraj” i Opolskie Stowarzyszenie Edukacyjne PROGRESS stwierdziliśmy, że nie możemy przegapić takiej okazji. Zdążyliśmy z zapisami na ostatnią chwilę zajmując zaszczytne końcowe miejsca na liście uczestników wyprawy krajoznawczej. I warto było.

W dniu 13 grudnia 2008 r. wyruszyliśmy z portierni spółki Wodociągi i Kanalizacja w Opolu razem z naszymi przewodnikami: Panią Jadwigą Stawińską oraz Panem Januszem Szczepankiewiczem, który barwnie opowiadał nam o historii opolskich wodociągów oraz cierpliwie odpowiadał na pytania naszej grupy. Wyprawę rozpoczęliśmy od zwiedzania wieży ciśnień zlokalizowanej na terenie opolskich wodociągów Opolu przy ul. Oleskiej. Budowa wieży ciśnień rozpoczęła się w 1892 roku, a przekazano ją do użytkowania w 1896 r. Wieża zbudowana jest w stylu neogotyckim i mierzy 47,3 m wysokości. W wieży znajdują się rury doprowadzające i odprowadzające wodę. W jej górnej części znajduje się zbiornik na wodę. Pierwotnie zbiornik ten był wykonany z drewna dębowego, natomiast po remoncie wymieniono go na zbiornik stalowy. Pojemność zbiornika wynosi obecnie 900 m3. Do zbiornika położonego na górze wieży wiedzie 160 schodów. Wieża zbudowana jest z czerwonej cegły, dzięki czemu widoczna jest z daleka. Pięknie też prezentuje się nocą dzięki zainstalowanemu podświetleniu. Z małych okien, które znajdują się w murze wieży można zobaczyć panoramę Opola.

Woda do opolskiej wieży ciśnień niegdyś była prowadzona wodociągiem z ujęcia wód podziemnych położonego przy ul. Oleskiej, a następnie z ujęcia wód czwartorzędowych

z ujęcia w Zawadzie.

w1Obok wieży znajduje się budynek, w którym niegdyś znajdował się transformator. Obecnie prowadzony jest tam remont i powstanie w nim punkt gastronomiczny. W pobliżu wieży zlokalizowany jest również budynek stacji uzdatniania wody, który również zobaczyliśmy od środka. Zainstalowano tam system filtrów i rur doprowadzających

i odprowadzających wodę.

Wyprawa krajoznawcza była bardzo ciekawa i pouczająca. Dzięki niej mogliśmy odkryć kolejne magiczne miejsce w Opolu. Dobrze byłoby, aby więcej opolan mogło odwiedzić to interesujące miejsce i popatrzeć na nasze miasto z innej perspektywy.

Viola i Tomek Ciesielczuk

blue_spiral

Spotkanie z Teresą Kudybą i  Krzysztofem Spałkiem

Tradycyjnie w środę przed trzecią sobotą miesiąca tj.  15 października 2008 roku odbyło się w opolskim Pubie “OSTRÓWEK” spotkanie o charakterze klubowym członków i sympatyków Stowarzyszenia “Poznaj Swój Kraj”.

Do udziału w spotkaniu zaproszono autorów publikacji

“OPOLSKIE – wędrówki krajoznawcze”

red. Teresę KUDYBĘ – znaną publicystkę i producentkę TV i dr Krzysztofa SPAŁKA – adiunkta w Zakładzie Botaniki Wydziału Przyrodniczo – Technicznego Uniwersytetu Opolskiego, znanego z publikacji cyklu artykułów “Wędrówki ze Spałkiem” na łamach “Gazety Wyborczej”.

W słowie wstępnym Prezes Opolskiego Koła przypomniał idę spotkań autorskich wspominając sierpniowe spotkanie z  arch. Andrzejem HAMADĄ i wrześniowe z poetą Zygmuntem DMOCHOWSKIM oraz zapowiedział listopadowe spotkanie z autorką “Sonetów Opolskich” Teresą NIETYKSZĄ.  Następnie   zaprezentował autorów książki, którą wszyscy uczestnicy tego spotkania otrzymali przy podpisywaniu listy obecności. Pozycja rozdawana była bezpłatnie dzięki życzliwości Departamentu Kultury, Sportu i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego w Opolu. Serdeczne dzięki -:)

Autorzy przedstawili sposób w jaki zbierali materiały do książki, tryb konkursowy publikacji oraz swoje dalsze plany wydawnicze. W trakcie spotkania głos zabrali jego uczestnicy. Dr Jan St. TRZOS wskazał na potrzebę ochrony zabytków oraz roli dziennikarzy w tym zakresie.  Kolejnym mówcą był Bogusław LAITL, który wyłowił i zaprezentował szereg błędów jakich Jego zdaniem nie ustrzegli się autorzy publikacji. Z kolei głos zabrali historycy Leszek POLESZUK i Roman PAŁASIEWICZ odnosząc się kwestii poruszonych przez B.Laitla i odpowiedzi autorów. Pytanie zadał również dr Janusz MILEWSKI. Autorzy poprosili aby kolejne uwagi przesłać na ich adresy internetowe co pozwoli im na wyeliminowanie w przyszłości błędów i usterek. Na koniec uczestnicy uzyskali autografy autorów.

Miłym akcentem spotkania było wręczenie nagród (książki ufundowane przez dobrodziejów) Januszowi MILEWSKIEMU za Foto Hit lipca 2008 oraz Izabeli RAMUS za rozwiązanie (jako pierwsza osoba)  Foto Zagadki nr 1. Z kronikarskiego obowiązku donosimy, że w spotkaniu oprócz autorów wzięło udział 25 członków  Stowarzyszenia, 11 gości i dwójka przedstawicieli mediów  czyli razem 40 osób. Napoje dla swoich ludzi ufundował T.J.Rogoża z okazji przybycia na świat wnuka Jasia.

Warto podkreślić, że zapowiedź spotkania zamieściła w przed dzień POLSKA Gazeta Opolska oraz w dniu spotkania “Nowa Trybuna Opolska” i “Gazeta Wyborcza”, która w następnym dniu w swoim opolskim dodatku na str. 6 wydrukowała relację ze spotkania z fotką bohaterów. O spotkaniu informowało także Radio Opole.

Przewodnik znajduje się w internecie na stronie Samorządu Opolskiego: część I, część II

Autorzy zapraszają do wyrażania opinii na temat albumu. Korespondencję można kierować  na adresy mailowe:

teresa@kudyba.pl

kspalek@uni.opole.pl

Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź: